33. Jesus first, then others, You last

To hasło przyświeca pewnej wspólnocie w USA (nie pamiętam już nazwy).

W praktyce raczej się nie sprawdza.

A nawet gdyby ktoś je stosował, wyszedł by na tym gorzej niż źle.

Jesteś ważny. Jesteś ważna. Musisz siebie kochać.

I na pewno nie jesteś ,,last".
(becouse is not what Jesus wished....belive me)








32. O życiu na 4 +



Parę dni temu wspominałam z mamą wizytę pewnej anglistki z Niemiec w naszym rodzinnym grodzie. Miałam pomóc jej nauczyć się polskiego (swoją drogą, kobieta była niesamowita, nic i nikt jej nigdy nie złamał...poza językiem polskim :D). Nagle mama powiedziała:
-Wiesz, co urzekło ją w Tobie najbardziej? To jak powiedziałaś, że będziesz zawsze walczyć o swoje marzenia.

Lekko zdębiałam. CO było moimi marzeniami w czasach gimnazjum?

Dobre oceny.

Sukcesy literackie i plastyczne.

Ładna cera.

Fajni znajomi i przynależność do jakiejś grupy.

Chłopak.

To już mniej, ale ciągle ciągnęło na scenę.


   Niedawno widziałam się z moją siostrą. Nie wiążą nas żadne więzy krwi, ale wychowałyśmy się w sąsiednich klatkach. Ja miałam trzy lata a ona dziesięć i zawsze była moim Bożyszczem. Przez kolejne dziesięć byłam w nią wpatrzona jak w obrazek i bezkrytycznie ją uwielbiałam- mimo, że byłyśmy jak ogień i woda.
   Nie widziałyśmy się jakieś dwa lata. Jakoś tak wyszło, że wzięło nas na wspominki.
-Wiesz Pulpet...-rzuciła - Ty to zawsze byłaś zajęta. Ani na podwórko, ani nic...balet, rysowanie, pisanie...miałaś przyjść się pobawić, a kończyłaś kolejną pracę plastyczną na konkurs. Mały, ambitny Pulpet.

Zamyśliłam się. Chyba miała rację. Ale moje dzieciństwo pełne było również zabawy i spotkań z koleżankami

-Może to i lepiej- kontynuowała - Wyrosłaś na ludzi. Wiesz czego chcesz. Nie boisz się podjąć tego ryzyka i dążysz do marzeń.


Miałam swoje wymagania. Wobec siebie. Wobec życia.
Lubiłam robić coś najlepiej jak się da. Lubiłam sukcesy. Lubiłam wygrywać.
I nie. Nie mam tu na myśli ścieżki ,,po trupach", wielkiego hejtu i focha, jeśli nie to nie ja sięgnę po złoto. Tu chodziło o zaspokojenie mojej wewnętrznej potrzeby samorealizacji.

Wiem skąd się wzięła- zawsze miałam wsparcie i doping w moim rodzinnym domu. Nie wiem jak i kiedy stała się moim sposobem na życie- ale nie żałuję.

Otaczali mnie ludzie, dla których ambicje nie wychodził poza przetrwanie dni szkolnych, fajny film w tv i bumelowanie na podwórku. Nie rozumiałam tego, ale akceptowałam, że nie każdy musi być tak fiśnięty jak ja.


Byłam tak rozkochana w książkach, że delikatnie przeczuwałam, iż moje oczekiwania wobec związków i miłości będą...wygórowane. Lekko przerażało mnie to, co widziałam w koło i szczerze wierzyłam, że jak już się z kimś jest, to to musi być totalne zatracenie zmysłów, fascynacja, pasja i namiętność a przy tym wysoka kultura i wzajemny szacunek. Gdy widziałam bluzgających przy swoich dziewczynach gimbusów, klepiących je ordynarnie w tyłek, opowiadających sprośne żarty i właśnie ich dziewczyny, strzelające z gumy i dzwoniące o zęby kolczykiem w języku (nie mniej klnące i prostackie), wiedziałam ,że CZEGOŚ TAKIEGO NIE CHCĘ.


Gdy byłam jeszcze młoda i naiwna, trafiłam na chłopaka, dzięki któremu znalazłam idealną nazwę na życie którego nie chcę.

Życie na 4 +.

Tak podsumował swoje małżeństwo jego starszy brat. Że jest ok, nie narzeka. Ona jest ok, sprząta i gotuje, nie robi problemów, nie kłócą się. W łóżku ok. Trzeba jakoś przebiedować, więc kij jaka praca, byleby była, nie jest najlepiej płatna, ale dobra, dajemy radę, na te kilka metrów będzie nas stać, a spłacimy pod koniec życia jak dobrze pójdzie.   Marzenia? Młody, daj se siana, trzeba to życie poukładać i jakoś ogarnąć, może skoczymy nad jakieś jezioro latem na tydzień a tak to trzeba ogarniać kasę na nowy telewizor, bo znów si zacina na ,,Barwach szczęścia". Młody...jest ok. Tak na 4+, ale mogłoby być gorzej albo źle, nie?

NIE.

Chciał mi zaoferować to samo. Że w sumie, to on nie chce już nikogo szukać, bo ze mną jest ok. Po co Ci scena, po co Ci studia w innym mieście, możesz tu gdzieś pracować i zostać ze mną, a tak to zrobić sobie zaoczne. Będzie trzeba coś odkładać, a póki co możemy i u rodziców na pokoju dać radę. No i po co Ci ten spacer / wyjście na piwo / spotkanie ze znajomymi, wystarczy posiedzieć i powlepiać się w kolejny tasiemiec.

Hmm...Nie.

Nie jestem zwolennikiem głupiego ryzyka, bezmyślności i podejmowania decyzji, które zostawiają nas gołych i bosych, ale z hasłem wypisanym na czole : próbowałem sięgnąć po marzenia!
Ale wolę nie mieć tej stabilności i pewności, którą mają Ci, co wybrali życie na 4 +. Serio. Gdybym czuła, że żyję nie na 100%, na własne życzenie wybierając półśrodki, najpewniej straciłabym rozum.
Piszę teraz pracę magisterską o Rogerze Quilterze. Ktoś opisał jego muzykę jako piękny ogród otoczony szczelnym, wysokim żywopłotem, przez który nie miał odwagi wyjść poza mały krąg własnego raju, który sobie stworzył. Kto wie, czy gdyby chociaż podskoczył, rozgarnął te uparte krzewy, gdyby podjął to ryzyko...kto wie, czy dziś nie mówilibyśmy o dorobku kilkadziesiąt razy większym, niż ten który po sobie pozostawił? Kto wie, czy jego spuścizna nie byłaby znana wszystkim tak samo jak dzieła Mozarta czy Chopina?
Nie odważył się. Może miał swoje powody, może żył na 4+ ale fakt, że pozostawił po sobie muzycze perły. Tak samo ludzie żyjący na 4+, tworzą nie raz spokojne, szczęśliwe rodziny bo to im właśnie odpowiada.

Mi nie. Nie chcę życia na 4+. Bo, jak powiedziałam w gimbazjum :

Zawsze będę walczyć o swoje marzenia.



31. Kresowy patriotyzm

Od kiedy pamiętam, jarałam się wschodem.

Nie takim dalekim wschodem- tzn. Azjaci, ich kultura i historia, zawsze byli dla mnie fascynujący, ale nr 1 to były dla mnie wschody europejskie. No i te zakaukaskie. Od kiedy zobaczyłam bajkę ,,Anastazja", powtarzałam, że pojadę do Sankt Petersburga (na co moja mama z autentycznym przerażeniem pytała, czemu nie wolałabym jechać do Hiszpanii, Włoch, Francji...?).



Pierwszy balet w jakim tańczyłam, to ,,Dziadek do Orzechów" Piotra Czajkowskiego, mój nauczyciel tańca pochodził z Odessy, występował w Kijowie i uczył w Sankt Petersburgu <3.





Potem przyszły czasy szkolne. Bardzo długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego większość osób zasłużonych dla literatury, kultury i nauki o których czytaliśmy w podręcznikach, urodziło się w miejscach które dziś już nie należą do Polski.  Moim konikiem zaś, okazała się historia, pochłaniałam więc mapy, porównując je z dzisiejszym układem granic.




Potem przyszedł czas recytacji i śpiewania. W moim rodzinnym mieście, leżącym tuż nad Bałtykiem a dwie godziny od granicy z Niemcami, działało prężne grono Lwowian. Tych Lwowian starej daty, urodzonych przed II wojną światową i pamiętających swoje rodzinne miasto. Organizowali coroczny konkurs poezji i piosenki lwowskiej- nie zliczę ile lwowskich melodii i wierszy wówczas poznałam!
Ale najistotniejszy był sposób w jaki opowiadali o Lwowie. Chyba nigdy nie spotkałam kogoś, kto z taką czułością, taką dumą i....tak wielkim bólem opowiadałby o mieście, w którym spędził swoje dzieciństwo. Coś wtedy poruszyło moje serce. Byłam pewna, że Lwów będzie bliski i mi. I na pewno do niego kiedyś pojadę, żeby zobaczyć te wszystkie miejsca z piosenek, poczuć klimat miasta, które było ostoją artystów, ukochanym domem, miejscem tak wyjątkowym, że gimnazjaliści byli gotowi oddać za nie życie. Od tego czasu powtarzam też, że na pewno pojadę do Lwowa (a mama dalej nie rozumie, czemu chce się tam pchać, skoro poznałam cudowność Europy Zachodniej, a z ukraińskiego Mikołajewa wróciłam głodna i jakaś taka niewyraźna).



No i Mickiewicz. ,,Litwo, ojczyzno moja...". Trochę się nie mieściło w głowie o co w tym chodzi. Ale potem przyszedł Pan Tadeusz, Dziady, słowacki, Piłsudski...współprace z polskimi szkołami na Litwie i coraz to nowe historie o Polakach z Wileńszczyzny. No i zaczęło mi się w tej głowie przejaśniać. Wiedziałam, że pojadę do Wilna.
I że nie ma zmiłuj.
Bo to Unia Europejska :D
(o tym więcej i dokładniej następnym razem!)



W wakacje trafiłam na serial kręcony w Kaliningradzie i z radością odkryłam, że jeździ tam Polski Bus <3

Gdy słyszę o podróżach koleją Transsyberyjską albo widzę wystawę zdjęć z Czukotki, oczy rozbłyskują mi dzikim entuzjazmem.



Zbieram Matrioszki. Mam Matrioszki na torebce, pościeli, portfelu, ścianie i koszulce.



A moją ukochaną operą wszech czasów jest ,,Eugeniusz Oniegin" Piotra Czajkowskiego.



No a przy tym wszystkim kocham Polskę, jestem dumna z bycia Polką a każda podróż na wschód, utwierdza mnie, że miałam niezwykłe szczęście urodzić się właśnie tu.

Mikołajów, Ukraina 2016



Odkrywanie polskiej historii i kultury w miejscach należących dziś do Litwy, Białorusi czy Ukrainy, porusza we mnie jakaś głęboko ukrytą strunę (tę od łez ze wzruszenia).

Odkrywanie wschodniej historii i  kultury jest dla mnie przedmiotem niezmiennej fascynacji, bardzo często szoku, przerażenia i niedowierzania i niesamowicie mnie kręci.

Także, jakby ktoś wybierał się za Bajkał...:D


30.Prawda swoją drogą i słowa które ranią (jak ciernie)

Pamiętam, jak bawiłam się w subtelności.


Tu na przykład byłam zbyt subtelna, by zaprzeczyć, że babeczka nie jest taka ą ę :(




W życiu nie rzuciłabym komuś w twarz nieprzyjemnej prawdy na temat jego wyglądu czy cech zewnętrznych. Szczególnie niepytana. Zewsząd otacza mnie przeświadczenie, że ,,prawda i tylko ona, a jak jej nie powiesz, to nie masz jaj".

Nie zgodzę się,

Po pierwsze...być może ta osoba, czuje się ze sobą bardzo dobrze. Może to, co Ty postrzegasz jako defekt, ona gotowa jest nazwać swoją największą zaletą?

Po drugie...jeżeli nie pyta Cie o zdanie na swój temat, wytknięcie komuś czegoś pod hasłem ,,to masz brzydkie a to w ogóle do dupy"jest zwyczajnie nieuprzejme i niemiłe.



Po trzecie...no właśnie! Przecież TO jest niemiłe. Nawet jeśli ktoś chce znać Twoją opinię, warto dobrać słowa w taki sposób, aby pozostać (no właśnie...) subtelnym. I warto też wziąć pod uwagę, jak osoba pytająca nas o zdanie, radzi sobie z brutalną prawdą (może być naprawdę rożnie, zetknęłam się i z histerią i z błyskawicznym przełączeniem na tryb : agresor, a nawet z odwetem pod hasłem: WylejeNaCiebieKubłoPomyjKtóreNieMająZPrawdąNaTwójTematWieleWspólnego).




Nienawidzę tego kawałka, ale cóż za idealna przeciwwaga <3


No i po czwarte...a co jeśli ta osoba doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich wad / defektów ale nie jest w stanie ich zmienić? Lub bardzo się stara coś z nimi zrobić ale jej nie wychodzi? Brutalnie dźgnąć kogoś w tak czuły punkt to jak wbić nóż między żebra. Serio . Skąd wiesz, że potem ta osoba nie wróci do domu i nie przepłacze nocy w poduszkę, nie zarzuci dotychczasowych starań (,,skoro i tak inni widzą tą wadę mimo mojej usilnej pracy"). O czarniejszych scenariuszach, jak żyletki i inne potworności nawet nie chce myśleć- a niestety to dość powtarzające się, przerażająco smutne przypadki.



Unikam mówienia na temat rzeczy, które mi się w wyglądzie tudzież stylu danej osoby nie podobają. A już na pewno w obecności osób trzecich. Wtedy z niemiłego staje się to zwyczajnie upokarzające. I szczerze? Wolałabym aby inni umieli uszanować to, że to ja właśnie nie mam ochoty słuchać ich zdania na mój temat. Dotychczas moją reakcją było najczęściej milczenie, bo naprawdę nie w moim stylu byłoby odbicie piłeczki w stylu: Spoko, a mnie mierzą Twoje fałdy na brzuchu / wielki nos / małe cycki / żółte zęby.

Inaczej ma się dla mnie sprawa w internecie. Sama wystawiam się na widok publiczny. Ale w tym momencie jest to równe akceptacji tego, że jestem ciekawa opinii innych. Bo serio, jestem. I cenię sobie ludzi wystawiających konstruktywną i kulturalną krytykę dużo bardziej od tych, którzy będą cukrzyć do porzygu (o hejterach, zwłaszcza tych anonimowych nie wspominając).




Ale w tym wszystkim nie umiem, nie mogę, nie potrafię zrozumieć ludzi, którym w towarzystwie osób trzecich, bywa, że ze świadomością kompleksów danej osoby osoby, walnięcie jej w mało parlamentarny sposób brutal truth prosto w twarz, nie tylko nie jest problemem. Jest swego rodzaju chorą przyjemnością.

Słyszałam teorię, że takimi ludźmi rządzi zazdrość. Niekoniecznie. Ale chyba coś musi być z nimi nie tak, skoro upokarzanie i ranienie innych staje się ich pożywką.

I kurcze, nie mam tutaj na myśli okazania komuś troski, wsparcia, konstruktywnego skrytykowania czy szczerego- acz rozważnego- wyznania co naprawdę myślimy na temat czyjegoś wyglądu sam na sam.

Próbuję zrozumieć takie osoby, bo sama zbyt często miała z nimi do czynienia (bezpośrednio i pośrednio). Próbuję też nauczyć się obchodzenia z nimi bez łamania swoich własnych zasad. To będzie długa, trudna i żmudna lekcja, ale szczerze wierzę, że wpadnę wkrótce na właściwy tor, który pozwoli mi ze współczuciem wzruszyć ramionami i pożałować takiego buraczanego krytykanta z reakcją na poziomie, która będzie miała swój odpowiedni wydźwięk.

Ale nie przekonam się do walenia komuś p r a w d y ( i ,,prawdy" ). Zdarzyło mi się mieć chłopaka, który gotów był zignorować moj Glamour Look od stop do głów, i zauważyć jedynie syfka, którego maskowałam pół godziny (a on o tym doskonale wiedział). Naprawdę przeżyłabym, gdyby zachował informację -o której oczywiście wiem- dla siebie, miast ogłaszać - przy moich znajomych w dodatku - ,,Oooo, pryszcz Ci wyskoczył Myszko".


Kto pierwszy widzi pryszcz, niech rzuci kamieniem.


Spadaj. Bogu dzięki Tyś przeszłością jak i tamta ja.

On zareagował klasycznym wnerwem, kiedy przy wyjątkowo paskudnej kłótni, rzuciłam coś w stylu...,,ja nie wytykam Ci Twoich wad".

Uznałam, że to naprawdę nie poprawi naszego związku ani jego samooceny, gdy tak po prostu przyznam, że ma naprawdę spory nos, krzywą jedynkę czy trochę zbyt krągłe pośladki.
On uznał, że zataiłam prawdę na jego temat i co to za związek który budowało się na kłamstwie (ostatecznie nie wyznałam mu, co akurat średnio u niego lubię- i nie żałuję).

Prawda prawdą, prawda boli, prawda jak oliwa- na wierzch wypływa, ale kurde...mózg też mamy od czegoś. Nie wspominając o empatii. Tego się postaram trzymać.


,,Póki co wciąż się uczę, ogarniam społeczeństwo."




28a. Na granicy obłędu

EDIT from 2015  

Czytaliście w liceum GRANICĘ? Jest to jedna z dwóch lektur, które postanowiłam sobie odpuścić. Na moje nieszczęście, trafiłam na nią na maturze próbnej

29. Słomiana Wizna

Cześć.




Myśl o powrocie do pisania, wywiercała mi dziurę w umyśle już od dawien dawna. 
Pamiętam, jaką frajdę sprawiał mi photoblog (do tego stopnia, że jeszcze go nie skasowałam!)

Ilość tematów, które chciałabym poruszyć, doprowadzała mnie najczęściej do słowotoku, tudzież  mózgorzygu.




Wygląd mojego  bloga i kompletna niemoc nawet w najprostszej instalacji gotowego szablonu, skutkowała tym, że po każdej kolejnej html'owej porażce, rzucałam wszystko w cholerę pod hasłem ,,lepiej nie pisać wcale, niż w miejscu nie dość reprezentatywnym".

A mój Słomiany Zapał, pstrykał mnie z rechotem w nos, dopisując do (wyjątkowo już pokaźnej!) listy ,,Rzeczy Które Miałam Zrobić, Ale Brak Mi Cierpliwości" , kwestię bloga.

Lubię przełomy. Lubię nowe szansę. Lubię wierzyć, że tym razem dam radę.

Powiedziałam sobie, że blog będzie moim wyzwaniem. Że zepnę dupę, i zacznę regularnie pisać, pisać o tym o czym chciałam od dawna. Że konsekwencja i regularność w tej kwestii sprawi, że uda mi się wytrwać w innych rozpoczętych wyzwaniach. Że będzie takim Ogarkiem, który rozbuja mój Słomiany Zapał i sprawi, że z obawy przed auto-zagładą, weźmie dupkę w troki i zacznie biec jak szalony, pozostawiając Wszystko w Moich Rękach.

Wow. Jak patetycznie :D.


Serio. Mój entuzjazm może powalać na kolana. Mój Słomiany Zapał może powalić na twarz.
Chcę go ostatecznie wygnać z mojego życia, więc co, jak nie auto-terapia? Harakiri ?

Właśnie. Dlatego- nie ma zmiłuj. Chce mi się czy też nie, będę pisać. Chce mi się czy też nie- będę robić to wszystko, co sobie założyłam. No bo wsio w maih rukah, a półśrodki nigdy mnie nie interesowały.

Do zobacznienia !



28. A weź

 

Kiedy jeszcze była moda na kwejka (Gimbazjum? LO?), popularny był taki obrazek ludzika z  ogromną rozpaczą wypisaną na twarzy i podpisem : ,,To uczucie, gdy kończysz niesamowitą książkę i nie wiesz co zrobić dalej ze swoim życiem".

Blogger templates

Popular Posts